Krew, rdza, patyna i piękno

copyright © www.latarnia-morska.eu 2014

Recenzowałem tu niedawno książkę Emilii Plateaux Fake…, która uzyskała jedno z trzech wyróżnień w pierwszej edycji Konkursu Literackiego im. Henryka Berezy „Czytane w maszynopisie”. Tym razem będzie o Świętym Antonim – zbiorze opowiadań Jacka Bielawy, jaki znalazł się w czołowej konkursowej trójce. O autorze tym nic nie wiem i internet niewiele w zdobyciu tej wiedzy mi pomógł. Zajmijmy się więc tylko książką. Książką na tyle ciekawą, że następne prozy Bielawy mogą nas wprowadzić w stan czytelniczej komitywy z tym autorem.

Ad rem… Jest to zbiór jedenastu opowiadań. Ogarniętych jednym językiem i światoobrazem. Zawsze to wyższy stopień nowelistyki, która nie miota się od Sasa do lasa, tylko skleja się w jedną opowieść. Tutaj ta zwartość języka i tematu jest perfekcyjna. Bielawa opisuje Macondo dolnośląskiej i kresowej prowincji, tej, która zapewne już nie istnieje, lecz której mitologia i archetypy tkwią w pamięci i trafiają do literatury po to właśnie, by „zatrzymać czas”. On i tak pędzi na łeb, na szyję, lecz utrwalenie jego rudymentów to jedna z pięknych misji pisarskich. Bielawa ma respekt wobec szczegółu. Wszystko, co pachnie przeszłością jest tu czule brane w palce i oglądane pod lampą pamięci i sentymentu. Kojarzy się ze starożytnymi ruinami lub z freskami w kapadockich jaskiniach, czyli jest skarbem. Wiem, że taka literatura wciąż będzie istniała, ale jest jej coraz mniej i dlatego nowelistyczny zbiór Bielawy po prostu mnie wzrusza. Jak łatwo się, Czytelniku, domyślisz, są tu i cienie ludzi. Ludzi, których już nie ma i którzy czuliby się w naszym dzisiejszym świecie tak jak Ty pięćdziesiąt lat temu na filmie S-F. Tak, te opowiadania są dagerotypem; w ich sepii drzemie złota patyna i rdza przeszłości.

Święty Antoni jest patronem rzeczy zagubionych. Jacek Bielawa jest mistrzem ich odnajdywania. Jest także strażnikiem historycznej pamięci.

I tu uzupełnić należy drugi akapit mojego wywodu. Otóż owo Macondo Bielawy dalekie jest od jakiegokolwiek Raju. Te pogranicza, jakie opisuje, mają swą dramatyczną przeszłość z okresu pierwszej i drugiej wojny. Przemarsze wojsk i frontów, gehenna ludzi, migracje wymuszane prze historię, niepewność swego miejsca na ziemi oraz losu, trudna homogenizacja kultur i ich układanie się ze sobą… Tak, Historia jest główną bohaterką tych nowel. Ale nie jakaś uogólniana, wyabstrahowana, lecz pisząca swoje wyroki na skórze bohaterów i oglądana przez pryzmat „incydentów ludzkich”.

Nie wiem, skąd autor wziął te historie. Może są one wymyślone, może prawdziwe, lecz nawet jeśli to pierwsze – to niezwykle wiarygodne. Z dbałością o klimat i detal. Sam wychowałem się na Śląsku opolskim i nasłuchałem się podobnych zdarzeń z dawnych lat. Moja rodzina była tam zaraz po wojnie repatriowana i brała udział w zmienianiu tego, co niemieckie – na polskie. I wszyscy mamy też w pamięci historię wcześniejszą – kiedy co polskie, było zmieniane na niemieckie lub rosyjskie. Przemarsze wojsk i granic zawsze oznaczały poniewierkę, a potem żmudną, przaśną, dłużącą się stabilizację.

To wszystko jest nam znane i opisane faktograficznie. Znakomitość Bielawy wynika z tego, że potrafił on „spersonalizować” te wydarzenia. Sfotografował je narracyjnie poprzez żywe portrety swoich bohaterów oraz wspomnianą wyżej pieczołowitość detalu. Jest na tyle wiarygodny, że nie wiemy, co tu jest fikcją, a co prawdą, bowiem wszystko mogło mieć miejsce, a więc paralela literacka genialnie tu imituje weryzm. Kult szczegółu, drobiazgu uwiarygodnia „świat przedstawiony” – żadnych uogólnień, lecz czysty behawior zmaterializowany w szczególe.

I ta zaklęta aura! Piękno ludzkich emocji, odruchów, namiętności. Sploty osobliwych epizodów i postaw. Niesamowite „typy ludzkie”. Wszystko, co jest możliwe w tak nieustabilizowanych losach człowieczych moderowanych wyrokami zdarzeń.

Rzekłbym nawet, że proza Bielawy ma wyrazisty klimat poetycki. Jest to efekt szczególnych predyspozycji pisarskich: czułości, wyobraźni, znajomości życia oraz wrażliwości na słoneczne (lub księżycowe) sploty ludzkich reakcji i postaw. Czytamy w tych nowelach o niejednej gehennie i dostrzegamy jej – przepraszam za słowo – urok. Urok rzucony przez historię, ale też ten drugi, biorący się ze wzruszenia i zauroczenia „pięknem dramatu”. Tak w każdym razie ja reagowałem.

Zdawałoby się, że już nie pora na ocalanie tamtych dawnych Atlantyd. Na chodzenie szlakami dawnych migracji – po wybojach gruzów, śladach nieszczęść i krwi. Literatura o nich nie zapomniała, wiele powieści polskich wpisało się na listę tego tematu. A jednak Jacek Bielawa udowodnił, że można sporo dorzucić, że „sprawa” nie jest zabita deskami na amen.

Skupiłem się w tej recenzji na głównym wątku książki. Jest i kilka opowiadań, dziejących się w innych „rubieżach” i częściowo odbiegających od opisanego wyżej wątku historycznego, lecz całość komponuje się w bardzo zwarty pejzaż. Jedno jest dla mnie pewne: mamy nowego pisarza o temperamencie historycznym, wysokim talencie i wspaniałej dykcji, z czego urodzić się mogą kolejne książki.

No proszę, to są te niespodzianki literackie…

Leszek Żuliński (15.02.2014)

 

„Święty Antoni” i inne opowiadania Jacka Bielawy, ISBN 978-83-64403-01-9, wydanie 1, bezpłatny dodatek do kwartalnika literacko-kulturalnego eleWator nr 6