Rozczarowania krytyczne, Twórczość 3/1962

copyright © „Twórczość” & Grzegorz Robakowski

 

ROZCZAROWANIA KRYTYCZNE

Jan Błoński, Zmiana warty, Warszawa 1961

Zmianę warty odczytano jako dra­mat krytyka bez literatury. To para­doks tym efektowniejszy, że od daw­na jest w obiegu twierdzenie, jakoby literatura obywała się bez krytyki. Literatura bez krytyki to jednak jeszcze nic dramatycznego, krytyka bez literatury to zjawisko zaiste tragiczne. Nie podzielam jednak współ­czucia dla autora Zmiany warty. Po­dejrzewam, że przywdziewa on szaty tragiczne dla maskarady bardziej niż z rzeczywistej konieczności. Bez klęs­ki w obliczu konieczności nie ma prawdziwej tragedii. Błoński nato­miast wymyślił sobie konieczności i tym samym tragiczną sytuację. Koniecznością, z którą mierzy się Błoński, jest literacka przynależność po­koleniowa. Błoński zakłada, że on ja­ko krytyk musi być pokoleniowo przynależny, a przy tym nie chce być przynależny, ponieważ pokolenie literacko mu nie odpowiada. Sytuacja tragiczna została więc wymyślona, bo­hater musi, a nie chce.

Czy rzeczywiście musi, czy rzeczy­wiście istnieje konieczność jakiejkol­wiek, a więc tym samym i pokole­niowej przynależności? Przyznam się szczerze, że taka konieczność nigdy nie przy szłaby mi na myśl. Skąd w ogóle przypuszczenie, że obowiązuje stadna przynależność zwłaszcza w tym zakresie. Komentator, który potrakto­wał serio wymysł autora Zmiany warty, mimochodem uznał piszącego te słowa za w swoisty sposób przynależnego do pokolenia „starszych” na zasadzie krytycznego służalstwa. Od dawna nic mnie do tego stopnia nie rozśmieszyło. Klnę się na własną duszę, że nie tylko w sztuce, ale na­wet w życiu nie wybieram nigdy i ni­czego według rodzaju, zbiorowo, gru­powo czy w ogóle stadnie. Sztukę tak jak przyjaciół zaliczam do zjawisk, przy których prawo indywidualnego wyboru jest nienaruszalne. W przy­jaźni nie wybiera się w ogóle męż­czyzn czy kobiet, artystów czy robotników, fideistów czy materialistów, czterdziestolatków czy zgrzybiałych staruszek. Dlaczego w sztuce czy lite­raturze miałoby się dokonywać jakichkolwiek zbiorowych wyborów? Dlaczego wybór Adolfa Rudnickiego miałby jednocześnie zobowiązywać mnie do wyboru Jana Dobraczyńskiego, a sympatia dla Moniki Kotowskiej miałaby oznaczać krytyczne uznanie dla twórczości Magdy Leji. Trudno o bardziej bezsensowne przypuszczenia. Nie zamierzałem i nie zamierzam przy­pisać się jako krytyk ani do starych, ani do młodych, ani do „nowoczes­nych”, ani do tradycjonalistów. I nie odczuwam ani konieczności, ani w ogóle potrzeby jakiegokolwiek „przy­pisywania się”. Z tych mniej więcej przyczyn nie mogę się przejąć kry­tycznym dramatem autora Zmiany warty, który rozdziera szaty, ponie­waż stracił nadzieję, że „wreszcie zdo­ła się gdzieś przyłatać”. Chodzi mu o „przyłatanie się” koniecznie do ja­kiegoś typu literatury i z braku czego innego szansę takiego „przyłatania” miała mu stworzyć ni mniej ni wię­cej tylko literatura najmłodszego pokolenia literackiego. Ją właśnie roz­patruje krytyk en bloc i en bloc rzu­ca na nią krytyczną anatemę.

Zmianę warty z jej wszystkimi za­łożeniami myślowymi, przeprowadzoną argumentacją i zwierzeniami autor­skimi potraktowałbym najchętniej ja­ko literacki żart. Miałoby to wtedy swój nieprzeparty urok zwłaszcza przy dużej swadzie literackiej Błoń­skiego, który .stara się i potrafi pisać efektownie. Dramat krytyka bez lite­ratury jako żartobliwa konstrukcja myślowa pozwalałby widzieć eseistykę literacką Błońskiego na samym pograniczu literatury pięknej. Nieste­ty, Błoński z całą powagą wyklucza taką swobodę interpretacyjną, domagając się traktowania jak najbardziej serio i dosłownie wszystkiego, co pi­sze. „Nie piszę wreszcie paszkwilu, piszę to, co myślę; przyjęło się tylko ostatnio, by każdy szczery sąd rozbra­jać etykietką pamfletu czy paszkwi­lu” (s. 139). Chcąc nie chcąc trzeba więc uwierzyć, że Błoński myśli tak, jak pisze i naprawdę boleje nad tym, że Aleksander Minkowski i Mag­da Leja nie stworzyli w Polsce takiej literatury, jakiej dotychczas jeszcze nie było. Błoński podbudowuje bo­wiem historycznie swoją nieudaną stawkę na rewolucyjną jakościowo literaturę pokolenia „Współczesno­ści”. Esej Ciężar tradycji – pierwsza część książki krytycznej Błońskie­go – ma dowieść, że w polskiej przeszłości literackiej nie ma nic, na co szanujący się krytyk mógłby bez wstydu się powołać.

Esej Ciężar tradycji to koronkowy zbiór paradoksów na temat polskiej przeszłości literackiej. Zdaniem auto­ra paradoksów, od romantyzmu po­czynając na programie Kuźnicy koń­cząc, wszystko w polskiej literaturze oscylowało między „duchem zaścian­ka” a „duchem snobizmu”. Paradoksy Błońskiego są bardzo dowcipne, moż­na się nimi całkiem przyjemnie za­bawić intelektualnie, nie sądzę jednak, żeby całe polskie doświadczenie literackie dało się skwitować wiązan­ką dowcipnych, a nie specjalnie głę­bokich paradoksów. Ostatecznie były w tej literaturze niewątpliwe wielko­ści w skali większej niż narodowa i wystarczy jedynie wydobyć ją z tła przeciętności, żeby ostrze paradoksów namacalnie stępiało. Dla zamaskowania tej słabości Błoński bez przerwy generalizuje, topiąc wszystko w mo­rzu przeciętności. O wszystkim u Błońskiego decyduje kryterium ilo­ściowe. Nawet geniusz nic by u niego nie znaczył, ponieważ zostałby „przyłatany” do pięciu czy dziesięciu grafomanów, a pięć czy dziesięć to – wiadomo – więcej niż jeden. W ten sposób dałoby się uśmiercić nawet Szekspira. Na szczęście kryterium ilościowe – bardzo ważne w socjo­logii kultury – w estetyce jest zu­pełnie do niczego nie przydatne i trudno się domyślić, dlaczego autor Zmiany warty w nim szuka jedynego klucza do zjawisk literackich.

Nie przesadzam, jest to u Błońskie­go klucz jedyny. Gdyby ktoś miał wątpliwości w wypadku eseju Ciężar tradycji, analiza twórczości pokolenia „Współczesności” potwierdza absolut­nie moją diagnozę. Błońskiemu nie przychodzi na myśl, żeby – nawet najbardziej wstępnie – zhierarchizo­wać jakościowo wykaz bibliograficz­nych pozycji, żeby wyodrębnić jakoś więcej rokujące nazwiska młodych autorów, żeby odróżnić sprawę lite­racką od sprawy socjologicznej. Prze­cież wśród kilkunastu czy nawet kil­kudziesięciu młodych autorów jest nie więcej niż kilku takich, którzy mają szansę przynależeć już czy w przyszłości do literatury. Dla nich zaś trudno jest wynaleźć jakąś wspólną etykietę pokoleniową, bo co ma wspól­nego Marek Hłasko z Markiem Nowakowskim, Grochowiak ze Stachurą, Kotowska z Paczowską. Rozumiem, że można się interesować psychosocjologią młodego pokolenia, ale od kiedy to, a właściwie jak długo będzie się traktować literaturę piękną jako źródło poznania socjologicznego. To się już dziś robi zupełnie inaczej.

Jeśli natomiast podejście Błońskiego do twórczości młodych autorów ma oznaczać jedynie, że Błoński nie uwa­ża tej twórczości za literaturę i przy­pisuje jej wyłącznie znaczenie dokumentu socjologicznego, to byłaby to jakaś bardzo jaskrawa niesprawiedli­wość. Jak wynika z jego wywodów, Błoński spodziewał się, że pokolenie najmłodszych autorów stworzy taką literaturę, jaką on sobie wymarzył. Fakt, że nie ma wśród młodych twór­ców geniuszów, i to geniuszów wy­marzonego rodzaju, nie dowodzi wca­le, że nie ma wśród nich utalentowa­nych i niewątpliwych pisarzy. Błoń­ski żadnego z młodych prozaików nie uważa za pisarza, żadnego tekstu nie analizuje bowiem przy pomocy kate­gorii literackich i estetycznych. Kry­tyk stworzył ad hoc kilka kategorii psychosocjologicznych („mit odrębności”, „mit nieszczęścia”, ,,mit erotycz­ny”, „mit lumpenproletariusza”) i w ten sposób całą prozę młodych za­łatwił odmownie. Przeciekły mu przez palce wszystkie jakościowe różnice literackie. Wiadomo przecież, że Grochowiak, którego poezję Błoński uzna­je, nie tworzy w prozie pokoleniowe­go „mitu erotycznego”, tworzy co najwyżej swój własny mit i jest to pewnym indywidualnym rysem jego osobowości twórczej. „Mit lumpenproletariusza” u Marka Nowakowskiego (jeśli już użyć tego sformułowania) to także żadna pokoleniowa sprawa, to casus całkiem indywidualny i nie mający nic wspólnego ani z modą, ani z pokoleniem, ani nawet z cza­sem. Żeby odmówić Nowakowskiemu talentu literackiego, trzeba by go zdyskwalifikować literacko. Myślę, że­by się to nie udało i Błoński nie robi tego typu prób. Błoński dyskwalifikuje młodych prozaików generalnie, zakładając z góry, że nic w ich twór­czości nie jest na miarę jego literackich marzeń. Wydaje mi się, że rozsądniej byłoby zwyczajnie ocenić twórczość młodych pisarzy miarą sto­sowną dla pisarskich początków. Wyniknęłoby wtedy, że kilku młodych twórców rokuje nienajgorsze na­dzieje.

Błoński podporządkował cały swój wywód krytyczny koncepcji, która byłaby w sam raz na felieton. Kon­cepcja dramatu krytyka, który „nie zdołał się przyłatać”, byłaby w felie­tonie zupełnie na miejscu. Tylko ta­lentom literackim Błońskiego należy przypisać to, że rozbudowaną według tej koncepcji publikację krytyczną czyta się nie bez przyjemności. Z pożytkiem intelektualnym natomiast czy­ta się kilka analiz poetyckich Błoń­skiego, może dlatego, że z ogólną kon­cepcją publikacji są one zupełnie luź­no związane. Błoński inteligentnie i umiejętnie analizuje twórczość poe­tycką Białoszewskiego, Harasymowicza, Nowaka i Grochowiaka, nie pod­porządkowując tych swoich analiz ge­neralnym syntezom pokoleniowym. Warto zestawić świetną analizę poezji Grochowiaka z nieciekawymi uwagami o prozie tego pisarza, żeby się zorientować, jak ambicje generalizo­wania zaszkodziły analitycznym, umie­jętnościom krytyka. W ogóle Błoński o wiele lepiej czuje i rozumie poezję niż prozę i jest bardziej wnikliwy w analizach niż w syntezach. Zmiana warty potwierdza więc jedynie to, co się zwykło o Błońskim sądzić na pod­stawie całokształtu jego dorobku krytycznego.

Henryk Bereza

 

książki Henryka Berezy / teksty Henryka Berezy / epistoły Henryka Berezy / o Henryku Berezie napisali / galeria zdjęć Henryka Berezy

Skip to content