copyright © „Twórczość” & Grzegorz Robakowski
AUTOGRAFY
(list od Tadeusza Siejaka)
Miały, dnia 25.03.1979 roku
Szanowny Panie!
Nazywam się Tadeusz Siejak, dawniej mieszkałem w Poznaniu, teraz w Miałach, w województwie pilskim, zaś niedługo, zapewne, będę mieszkał w Chodzieży. Informacje te podaję na samym wstępie, by mógł pan zorientować się, o kogo chodzi. Poznaliśmy się pośrednio w roku 1977, kiedy to, przez przypadek, wysłałem strzęp mojego opowiadania na konkurs „Pejzaży Wiejskich” i otrzymałem wyróżnienie.
Byłem jednym z tych, o których napisał Pan, że w konkursie odnieśli sukces, ale trudno ich prace uważać za ukształtowane artystycznie, albo coś w tym rodzaju; pamiętam tylko sens. Nie byłem na uroczystości zakończenia owego konkursu, gdyż leżałem wtedy w szpitalu, przygotowując się do ciężkiej operacji, nie miałem więc okazji poznać Pana osobiście – zresztą wątpię, czy ktoś z warszawskich jurorów przyjechał wtedy do Leszna, gdzie wręczano nagrody…
Teraz może czas na kilka bliższych i aktualnych informacji o sobie.
Dobiegam trzydziestki, jestem z zawodu inżynierem elektrykiem, żonaty, dwoje dzieci, bezpartyjny, chrześcijanin.
Te dwa ostatnie określenia być może zbulwersują Pana nie treścią – oczywiście, ale samym faktem ich podania, jako że te rzeczy, mówiąc trywialnie, „wyszły ostatnio z mody”, jednak wydaje mi się istotne. Piszę od kilku lat. Znaczy to – próbuję pisać.
Kradnę wieczory żonie, zużywam na pisanie wszystkie moje szpitale, sanatoria (bardzo wiele chorowałem), seriale telewizyjne, nawet, czasem, czekanie na dworcach.
Prócz tego muszę normalnie pracować w swoim zawodzie (gdzie, jak na ironię, ale może też dla równowagi, osiągnąłem dotychczas bardziej „spektakularne” aniżeli w literaturze sukcesy), starać się o mieszkanie (to dla niego krążymy po Wielkopolsce jak koczownicy), wychowywać dzieci i na dokładkę wykonywać setki zwykłych, szarych zajęć (znanych każdemu), z których składa się życie. Piszę „prócz tego”, bo jest faktem, że pisanie jest dla mnie zajęciem naczelnym, z drugiej strony zaś dziękuję losowi, że postawił przede mną „normalne życie”, gdyż bez niego byłbym dla pisania zupełnie jałowy.
Napisałem już trzy powieści (bez tej o Indianach, którą spłodziłem w czwartej klasie szkoły podstawowej, to będą dwie), dwadzieścia kilka opowiadań i kilka reportaży (to jedyne moje rzeczy, które ukazały się w druku, w „Tygodniu”).
I jasne, że pukałem z tym do wielkich bram. Wydawnictwo Poznańskie, Czytelnik, „Twórczość”, „Nowy Wyraz”. I jasne, że nic z tego. Wszędzie czekałem co najmniej kilka miesięcy na ocenę („Nowy Wyraz” i Czytelnik biją w tej dziedzinie wszelkie rekordy), przeważnie nie otrzymywałem jej, a jeśli, to zdawkową, krótką i – wstyd pisać – czasem nie na temat.
Ostatnio z Czytelnika odesłano mi powieść, o której przekonany jestem, że jest dobra, nie dając żadnej oceny, prócz tej, znanej Panu formułki o opiniach recenzentów.
To mną trochę zachwiało, ale też zmusiło do działań energiczniejszych niż oczekiwanie oceny od powołanych do tego instytucji.
Czas najwyższy, bym poznał opinię kogoś kompetentnego, kogoś, kto będzie znał się na tym i nie będzie oceniał mnie z obowiązku.
Dlatego właśnie zdobyłem się na śmiałość (to chyba nie bezczelność, u diabła?!) i zwracam się do Pana z gorącą prośbą o ocenę wartości literackich tej właśnie odrzuconej powieści.
Można przecież powiedzieć, czy zasługuje ona na uwagę, czy też, że jest dziełem grafomana, albo, jeśli jest zła, to dlaczego.
Wiem bardzo dobrze, że nie ma Pan na pewno wolnego czasu (kto go dziś ma?), wiem, że spełnienie mojej prośby będzie (byłoby) dla Pana dodatkowym wysiłkiem, że jestem Panu nieznanym natrętnym i, być może, jednym z wielu podobnych petentów. Mimo wszystko – proszę.
Nie chcę sprawiać Panu niechcianego kłopotu bez Pańskiej zgody, dlatego nie przysyłam powieści od razu. Wysyłanie paczki z powrotem byłoby dla Pana stratą czasu i pieniędzy.
Proszę, by zechciał Pan napisać do mnie, czy i kiedy może Pan podjąć się przeczytania i oceny.
Może Pan się zgodzić lub nie.
Dla jaśniejszego obrazu podaję kilka informacji o powieści. Ma ona za temat pracę i jest wyjątkowo upolityczniona (moja miłość własna tu pragnie widzieć powód, dla której ją odrzucono…), czyta się ją podobno dość dobrze, mimo pewnych, trudnych formalnie, fragmentów. Wielki nacisk położyłem na język – zarówno narracji jak dialogów. Z góry uprzedzam, że wywołuje on protesty czytelników, za przerosty ekspresji i zbyt wielką dosłowność. Czytelników wychowanych na klasyce – jak ja sam… Rzecz dzieje się w wielkiej fabryce, pomysł częściowo oparłem na faktach, osoby wziąłem „z życia” (oznacza to, że skorzystałem z niektórych cech osób żyjących obecnie), zaś pewne sceny, które wydają się przejaskrawione, wręcz odrealnione, bledną coraz bardziej w zestawieniu z rzeczywistością (co utwierdza mnie w owych „przejaskrawionych” racjach).
Całość – to 281 stron maszynopisu.
Jeszcze raz więc – proszę Pana o zgodę i zawiadomienie mnie o podjętej decyzji.
W razie zgody – sam odbiorę powieść, by nie narażać Pana na kłopoty i koszty.
Pozdrawiam i składam wyrazy szacunku
Tadeusz Siejak
książki Henryka Berezy / teksty Henryka Berezy / epistoły Henryka Berezy / o Henryku Berezie napisali / galeria zdjęć Henryka Berezy