Artyzm, czytane w maszynopisie, Twórczość 3/1991

copyright © „Twórczość” & Grzegorz Robakowski

 

ARTYZM

Słowa artyzm i artystyczność przywołują łacińską nazwę sztuki i zarazem wiele innych znaczeń słowa ars, z których dla potrzeb tego tekstu najważniejsze są umiejętność i sztuczny sposób.

Związek tego drugiego znaczenia ze sztuką i artyzmem zachował się i trwa szczególnie sugestywnie w wielu językach europejskich.

Jest to szczęśliwa okoliczność, bliskość słów sztuka i sztuczność nie pozwala zapomnieć, że sztuka zrodziła się z zastępowania jednej rze­czy przez drugą, z zamiany i przekształceń charakteru lub funkcji tworzywa, z przeniesie­nia czegoś z jednego porządku lub układu w inny, który dla dzieła sztuki się ustanawia.

Zastępowalność, przemienność, zamienność, przenośność i przekładalność stanowią o samej istocie sztuki i o istocie artyzmu, dzięki któ­remu powstaje nie to samo, lecz coś innego.

Podważa to w znacznym stopniu teorię mimesis, ogranicza jej użyteczność i wręcz wyklucza jakiekolwiek naiwne jej rozumienie.

Teorii mimetyzmu nie sposób odnieść z jakimkolwiek seansem nawet do makatki z jeleniem, nie mówiąc o rzeźbie Michała Anio­ła, o Święcie wiosny Igora Strawińskiego i o jakimkolwiek dziele sztuki literackiej.

W sztuce literackiej samo tworzywo – słowo – nie należy, jak dźwięk w muzyce, jak kolor w malarstwie, do tworzyw, żeby tak to nazwać, naturalnych.

Żywe słowo jest umowną kompozycją ludz­kich dźwięków o umownym znaczeniu, czyli o umownym odniesieniu do zjawisk tak zwanej rzeczywistości.

W swojej istocie każde żywe słowo jest skończonym dziełem sztuki, powstało w sztu­czny sposób, zastąpiło rzecz lub czynność, zamieniło materialność lub niematerialność na układ dźwięków, przeniosło jeden porządek w inny.

Tworzywem sztuki literackiej jest wielkie zbiorowisko językowych dzieł sztuki (słów), tworzonych przez społeczności ludzkie, stwa­rzających się niemal samoczynnie w procesie użytkowania języka przez ludzką zbiorowość.

Od dawna jednak sztuka literacka rozluźnia związek z żywym słowem, przestaje być sztuką żywego słowa, jak bywało w dawnej poezji, ona bardzo często działa już tylko w materii graficznych znaków żywych słów, osiągając niejako kolejny stopień sztuczności.

W dziele sztuki literackiej – w przeciwień­stwie do dzieł innych sztuk – mamy do czy­nienia – skoro żywe słowo jest tworem pier­wszego, słowo pisane drugiego przekształcenia artystycznego – ze sztucznością drugiego lub trzeciego stopnia.

Sztuczność trzeciego stopnia (zerwanie zwią­zku z żywym słowem) jest najprawodpodobniej chorobą (rakowatością) sztuki literackiej. Graficzne mumie słów dobrze służą pamięci o językowym życiu, nic żywego z nich się nie urodzi.

Pamięć o przeszłym życiu jest przydatna w procesie życia, zastąpić życia nie powinna i nie może.

Przy dwustopniowej sztuczności samego tworzywa literatura nie może nie być sztuczna, trudno w niej widzieć zwierciadło czego­kolwiek.

Szukać odpowiedniości życia ludzkiego (al­bo świata, albo rzeczywistości) w tym, co o nim (albo o świecie, albo o rzeczywistości) może być powiedziane we fraszce, w wierszu lirycznym, w tragedii lub w powieści, to abso­lutny bezsens.

O pierwszym (o życiu) nikt nie wie – wbrew pozorom – nic istotnego, z drugiego (ze sztuki) nic nie da się zrozumieć, jeśli brakuje orientacji, co jest w niej do znalezienia.

Ze sztuki nie może wynikać nic innego jak próba rozeznania się – w procesie kreacji, sposobem artystycznym, czyli rodzajem pos­tępu lub fortelu wobec dzieła stworzenia – w tym wszystkim, co uchodzi za życie ludzkie (świat, rzeczywistość).

Chcieć znaleźć w dziele sztuki potwierdzenie tego, co się uważa za prawdziwą wiedzę o życiu, oczekiwać od niego powtórzenia tych artystycznych potwierdzeń, które się zaaprobowało, to wielka pycha, wielka pogarda dla sztuki i wielka jej degradacja.

Intelektualna niezawodność źródeł wiedzy (jeśli to możliwe), wysoka ranga artystycznych spełnień bezzasadności takich oczekiwań w niczym nie umniejszają.

Sztuka nie chce być wobec czegokolwiek wtórna, nie chce niczego powtarzać (choć powtarzać musi), jej ambicją elementarną jest niepowtarzalność, swoistość własnych relacji ze światem.

Powtarzanie może służyć zdobywaniu arty­stycznych umiejętności, nie może być celem sztuki, jej na powtórzeniach nie wolno po­przestać.

Jeśli jej celem nie jest jakakolwiek odpowiedniość do czegokolwiek, bo skąd niby można by wiedzieć, czym to miałoby być, takim celem staje się bogactwo odniesień do tego czegoś nieznanego, czyli bogactwo zna­czeń, które sztuka odkrywa, kształtuje i nadaje swoim wytworom.

Miary artyzmu w sztuce są różne w różnych jej dziedzinach i rodzajach, w różnych epokach jej istnienia. Miarą, która wobec dzisiejszej sztuki jest najbardziej sprawdzalna, bywa najczęściej potencjał znaczeniowy dzieła, jego znaczeniowe wyposażenie.

W dziejach sztuki istnieje, być może, zjawi­sko oscylacji między jednoznacznością i wieloznacznością, czyli wieloznaczeniowością.

Jednoznaczność bywa w cenie, gdy jest pochodną uznanego wszechznaczenia, wieloznaczność potęguje się, gdy wszechznaczenie traci władzę i uznanie, gdy swoją własną wieloznaczność musi odstąpić czemukolwiek, co istnieje.

Cokolwiek, co istnieje, jest niewyczerpalnym źródłem znaczeń, człowiek (osoba ludz­ka) jest siedliskiem wszelkich znaczeń możli­wych, zawiera przecież w sobie całość bytu.

Artystyczne odkrywanie i kształtowanie znaczeń – artystyczna robota w znaczeniach – ma ogrom możliwości, jest wśród nich i taka, że samo pomyślenie, czy byłoby się w stanie zabić (jak w powieści Tadeusza Nowaka), może zrównoważyć niejedną bitwę pod Grunwaldem.

Wyspecjalizowany w kreacji znaczeń artyzm może je przekształcać, powodować ich fluktuację, utrzymywać je w ciągłym ruchu i zmienności.

Zapożyczony od Witolda Gombrowicza po­jedynek na miny przekształca się w narracji Jana Drzeżdżona w groteskową historię wojen i rewolucji.

Współdziałający z wyobraźnią, odwołujący się do niej artyzm – wyobraźnia ma moc poruszania się pośród wszystkich postaci ist­nienia i bytu – jest w stanie w czymkolwiek zmieścić wszystko i z czegokolwiek wszystko wyprowadzić.

Tworzywo realnych słów we współistnieniu z tworzywem idealnych znaczeń może być tak uległe wobec wyobraźni i wobec artyzmu, że nieprzekraczalne dla nich stają się tylko ich własne granice, granice bezwzględnej skończoności wszystkiego co ludzkie.

Uwięzienie w przyrodzonych granicach rów­na się takiej wolności, jaka jest człowiekowi dostępna. Człowiek powinien w niej mieć swój udział przynajmniej poprzez wyobraźnię i artyzm.

Henryk Bereza

 

książki Henryka Berezy / teksty Henryka Berezy / epistoły Henryka Berezy / o Henryku Berezie napisali / galeria zdjęć Henryka Berezy

Skip to content